Słowo pisane to nie wszystko. Ale czasami brak jakichkolwiek innych rozwiązań. Gadanie po próżnicy,puszczanie w eter własnych utyskiwań. Marudzenie słane w milczącą pustkę.
Kiedy życie zmusza do oglądania się za siebie, człowiek nabiera rozwagi, analizuje. Przeszłość z czasem przestaje boleć, ale tylko tych, którzy umieją zapominać.
Wybaczyć, to niełatwa sztuka. Tak przynajmniej mawiają mądrzy ludzie, niekoniecznie starzy. Szczególnie jeśli nie jest się pewnym, za co dokładnie ma się żal i dlaczego lub do kogo. Kłopot z zapominaniem to kłopot z przebaczaniem. Roztkliwianie się nad tym co było, a nie jest… i tak dalej, i temu podobne. Trudna, bo bezsensowna sprawa.
Spoglądanie w lustro potrafi wiele kosztować. Nie zawsze ma się ochotę podziwiać własne oblicze. W jedno wierzymy, co innego przychodzi nam oglądać w zwierciadle. Przed tym zawczasu wielu umyka. Przed odpowiedzialnością za efekt własnych poczynań.
***
Nadal pamiętam 2010-ty. Nie było łatwo. Na kwiecień przypadał wtedy czwarty miesiąc, kiedy nie brałam leków osłonowych. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, co się tak naprawdę ze mną dzieje. Lekarze również nie słuchali. Co gorsze, przez następne przeszło 12 miesięcy miałam się zmagać z uciekaniem w iluzję. Cokolwiek byleby móc prawie logicznie wyjaśnić i uzasadnić własne złe samopoczucie i kondycję.
Jeszcze wtedy twierdzono, że nie mam objawów klasycznej epilepsji. Podobno czołową i skroniową nieco trudniej zdiagnozować poprawnie. Nie było mi więc łatwo.
Zwalanie winy na czynniki zewnętrzne to bardzo specyficzna sztuka. Niekoniecznie dla sztuki. Człowiek usiłuje dorobić teorię do tego, czego nie rozumie. A skoro wtedy jeszcze fruwałam wysoko ponad powałą, a lekarze twierdzili, że mi się wydaje…
Irytacja bywa czasami uzasadnionym uczuciem.
Gorzej jeśli własne rozdrażnienie projektuje się na bliskich. Człowiek nagle doszukuje się przyczyn tam, gdzie ich nie ma. I choć zawsze da się wychwycić „niedociągnięcia” bliskich, często tak naprawdę na dłuższą metę nie mają one znaczenia. Czy raczej, nie miałyby, gdyby nie potrzeba odreagowania dziwacznego żalu, który jest tak naprawdę tylko strachem.
***
Niestety kiedy się już przekroczyło Rubikon, nijak nie można cofnąć czasu.
***
Dopiero w styczniu 2012 dobiegł końca kłopot z funkcjonowaniem mojego organizmu. Stało się jasne, że mam bardzo silną epilepsję, bardzo zaawansowaną jaskrę i syna w pełni obciążonego elementami autyzmu. Takie sobie rozdanie w życiowym pokerze.
Właściwie dopiero w kwietniu 2012 na dobre dopuściłam do siebie myśl, że wszystkie zmagania, którym stawiałam czoła, ani przez chwilę nie miały nic wspólnego z interpersonalnymi układami. Po prostu szukałam pomocy wszędzie i za wszelką cenę, byleby zlitowano się nade mną.
Jedni piją alkohol, żeby dodać sobie dowagi, popadają w uzależnienie. Inni stają się pracoholikami, uciekając od relacji intymnych. Wielu gra w najprzeróżniejsze gry, żeby udowodnić sobie, że umieją zwyciężać. Jeszcze inni szybko jeżdżą na motorze, bo zwykła dawka adrenaliny to nie wszystko.
Ja próbowałam prowokować zachowaniem. A ponieważ tak naprawdę nienawidzę skupiać na sobie uwagi, przeładowanie adrenaliną silnie pobudzało mój mózg. Chyba właśnie o to chodziło. O udowodnienie światu, że nie jestem szalona, ale po prostu chora i tyle. Szukałam po omacku, bo sama nie bardzo wiedziałam, co się ze mną dzieje i czego mi potrzeba.
***
Ktoś mógłby spytać, o co więc miałam żal do Mężyska. Dlaczego odstawiałam fochy, po co szukałam nowych znajomości, a potem w popłochu uciekałam przed nimi. Nikt przecież nie gonił, więc o co chodziło…?
Dwa lata minęły jak z bicza trzasł. Ale dopiero teraz wiem, czym było owo poszukiwane coś. Znaczy, hmmm, kilka cosiów. Pogodzenie się ze śmiercią bliskich, przyjęcie do wiadomości własnego kalectwa, uznanie za fakt, że dziecko nie jest geniuszem. No i jeszcze zaakceptowanie nieporozumień partnerskich. Nikt nie jest idealny. A panowie mężowie nie muszą wyczuwać emocji własnych żon, ani być od nich psychicznie silniejszymi.
Zbieranie sił jednak zajmuje trochę czasu. Jak i zdobycie się na odwagę głośnego przyznania się do popełnionych gaf, pomyłek i źle oszacowanych cudzych przewinień.
Oczywiście teraz ktoś mógłby mnie oskarżyć o bezmyślność i okrucieństwo, którym zgrzeszyłam. Ale czy aby na pewno łapałabym się w stu procentach na taką ikonę – zakłamanego suczydła? Chyba niekoniecznie.
***
Miałam się źle i to bardzo. Błagałam o pomoc, a niewielu słuchało moich utyskiwań. Co po niektórzy nawet twierdzili, że silna laska ze mnie, więc powinnam dać sobie radę sama. No to… przez przypadek znalazłam mamę, która się mną zajęła. Gdyby nie ta siedemdziesięcioletnia mama, bardzo szybko i grzecznie wróciłabym do roli nieudolnej żony męża. I dalej miotałabym się niczym wesz na nitce, nie wiedząc za bardzo co się tak naprawdę dzieje z moją głową, humorami, skokami adrenaliny i to bez logicznego powodu. Znowu zwalałabym wszystko na wymyślone niedobory partnerskie.
A to dlatego, że napady padaczki mają to do siebie, że przytrafiają się bez ostrzeżenia i bez powodu. Wystarczy kiepskie ciśnienie atmosferyczne. Jednak wymaganie od epileptyczki, żeby zaopiekowała się połową świata, to regularne okrucieństwo lub bezmyślność. Właśnie takie coś może u owej epileptyczki generować żal.
I tak się stało ze mną. Pękłam. Wymagano ode mnie samodzielności, dorosłości, pełnej świadomości tego, co dzieje się w około i czego oczekuje starszyzna, kiedy ja tak naprawdę czasami nawet nie rozumiałam, co się do mnie mówi. I co jeszcze lepsze, nie miałam pojęcia o powodach zakłóceń percepcji.
W moim przypadku nawet lekarze popełniali błędy przez długi czas. Ciężko im wybaczyć. A mimo wszystko nawet to przepracowałam. Okulista się przejął, pani neurolog zawsze pyta o samopoczucie, a główna pani doktor przypomina, żebym pamiętała o własnych zdrowych zmysłach.
Mam się lepiej. Choć nie pod każdym względem. Ale o tym już innym razem.