RSS
 

Sądzę, że…

24 maj

 

Lama Ole powiedział kiedyś na jednym ze swoich wykładów: Oczywiście na nauczycielu spoczywa ogromna odpowiedzialność, więc nie powinien on namawiać uczniów, by skakali z samolotu bez spadochronu. Musi ich znać, musi też znać życie. Być może dlatego, że boksowałem przez cztery lata, jestem w stanie wyczuć ile ktoś jest w stanie wytrzymać, zanim padnie na deski, ile siły naprawdę posiada. Ta praktyczna znajomość ludzkiego potencjału pozwala mi wyzwolić w was to, co najlepsze. Nauczyciela można porównać do ogrodnika, który dokłada wszelkich starań, by jego rośliny rosły, rozmnażały się i promieniowały pięknem na zewnątrz przynosząc pożytek otoczeniu – musi on inspirować ludzi i sprawiać, by wzrastało w nich zaufanie do własnych właściwości. Kwestia zaufania jest tutaj bardzo istotna – uczeń może je w sobie obudzić, jeśli widzi, że nauczyciel żyje tak, jak naucza. Zwykle mawiam: „Stoję przed wami nagi, więc widzicie, co bierzecie”.

Często pojawiają się komentarze do sposobu funkcjonowania Olego Nydahla. Jego swoboda działania wielu niemal przeraża. Jak można powalać sobie na tak skrajne wyskoki, jakimi są zabawy na bandżi, czy pędzenie na motorze po autostradach niemieckich. No jak można? Czy to aby dobry przykład dla uczniów. I jeszcze układy damsko-męskie. Życie w zgodzie z żoną, kiedy się już spędza czas intymny z kochanką. To dopiero dla wielu Polaków nie do przyjęcia.

A jednak właśnie ten nauczyciel, ten lama, na własnych barkach przenosił buddyzm z Tybetu do Europy. To głównie dzięki niemu Karma Kagyu stała się najpopularniejszą, bo najlepiej znaną szkołą. To jemu  wielu buddystów sporo zawdzięcza. To on napisał sporo książek i on co rok objeżdża niemal cały świat. Ten lama nie odpoczywa, bo nie czuje takiej potrzeby. Lama Ole realizuje się poprzez działanie

Wielu zazdrości takiej energii i tężyzny fizycznej. Siedemdziesięciolatek skaczący na spadochronie, nieustannie podróżujący po świecie, wiele medytujący, mało śpiący, taką osobą jest właśnie lama Ole. Nawet młodym zdarza się unikać zaangażowania w codzienność. Zazdroszczą więc lamie Olemu energii i niekończącej się chęci działania.

Moim skromnym zdaniem jest czego.

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Stare pamiętniki

21 maj

 

Przeglądanie starych zapisków to poważna sprawa. A przynajmniej z pozoru takim może się wydawać. Wynajdywanie dawnych własnych wyznań i aktów całopalenia, to dopiero coś. Po dziesięciu latach człowiek dziwi się, że takie setki dni wcześniej potrafił sprawnie klecić zdania. Szok narasta, kiedy odkrywa się celność własnych wniosków.

Tylko gdzie się te wnioski podziały, kiedy kryzys dopadł?

***

Umieranie to nie moja specjalność. Za to patrzenie na cudze zgony, a i owszem, ociupinkę. Głównie z tego powodu przestałam reagować na cudze narzekania. Przy rozprawianiu na temat zdrowia nabieram wody w usta. Cierpliwie słucham i raczej mało się odzywam. Szczególnie jeśli mowa o poważnych uszkodzeniach lub nawet raku. Dwa lata chyba wystarczyły, żeby mnie znieczulić.

Czasami zastanawiam się nad własnym brakiem kultury. Ale poobijanie się o kanciaste fragmenty rzeczywistości nieco poczochrało moją obyczajność. Przestałam być milutka na siłę. Grzeczna, ale do pewnego stopnia. Przemilczająca, w dużym stopniu. Innowierczyni i do tego introwertyczka. Niektórych to dziwi, ale przyzwyczajają się.

Zwykle ludzie miewają innych w głębokim poważaniu. Co z tego, że ktoś marudzi. W tym samym domu, pod tą samą kołdrą nie śpi, to i niech sobie marudzi. Po pracy ten głos przycichnie, bo będzie daleko, czym się więc przejmować?

Tak jestem obecnie traktowana, więc milczę. Zresztą… niekoniecznie mam na co narzekać. To już inna sprawa. Tylko ludziska nie w pełni wierzą. Jak to tak być osobą, która nie biega w kółko i nie szuka towarzyskich rozrywek. Dziwadło.

Moje tęsknoty to moja sprawa. Niespodziewanie przestałam szukać sztucznych przyjaźni. Sama siebie tym zadziwiłam. Gdyby ktoś mi w 2003 powiedział, że tak skończę… chyba nie uwierzyłabym. A jednak stało się. Giga ekstrawertyczka, zgodnie z Jungowkim twierdzeniem, przeistoczyła się w introwertyczkę.

***

W starych zapiskach wyszukałam, że częściowo taka się stałam już w 2003, kiedy głowa coraz silniej zaczęła dawać popalić. Nie miałam siły się bawić w przekupę. Spotkania towarzyskie zamarły, bo znajomi bawili się w robienie dzieci, a ja nie czułam się dobrze. No i rodzice zaczynali wolno, ale konsekwentnie odpływać. Obrzydliwe wspomnienia.

Fajnie jest móc się oglądać za siebie i wyszukiwać miłych chwil. Gorzej jeśli od jakiegoś tam roku jest ich niewiele. I nie ludzie są winni, ani nawet jakakolwiek popaprana metafizyka, tylko medycyna. Pan Śmierć mocno mi dopiekł na bardzo wielu poziomach. A jeszcze kojarzenie nie dopisywało. (Nadal zdarza mi się mylić imiona i nazwy własne.)

***

Gdyby – goni za kolejnym – gdyby. Cała masa przypuszczeń „co by było, gdyby” jeśli inne „gdyby” dokonałoby się na czas. Wtedy nie da się opisać ulgi, jaka towarzyszy zdawanym testom. Kiedy wizyta w starym dobrym szpitalu Banacha nie sprawia już ani przykrości, ani nie przyciąga wspomnień. Ot, wizyta u pracującej tam koleżanki i tyle.

Tego się nie da słowami opisać, stopnia ulgi. Nawet powracające obrazy nie niosą już ze sobą żadnych emocji. Zero żalu i rozedrgania. Słabe echo dni minionych. Przyjemność wprost nie do opisania. Poczucie bezpieczeństwa odbudowane po równo czterech latach ciężkiej pracy, bo tyle minęło właśnie od śmierci mojej mamy.

***

Dziś siedząc nad starymi zapiskami kilka razy westchnęłam ze zdziwieniem. Niektóre kawałki były totalnie odjechane w świat skrajnego wręcz fantasy, a inne całkiem stabilne i na poważnie. Ot, prawdziwa kobieta ze mnie… nigdy identyczna, zmienna w nastrojach i sposobie komunikowania.

To też dość cenne odkrycie. Ale o tym innym razem. Noc za oknem, czyli czas spać.

 

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Zadziwiające

20 maj

Po całych dekadach szarpania się z kartami Tarota, to naprawdę przyjemne przestać „wiedzieć” jakie będzie jutro. I choć może to brzmieć dziwacznie, zabawa w bycie wróżką potrafi tracić na smaku. Chciałoby się móc marzyć i wierzyć, że coś się zdarzy, zamiast sprawdzać w cholernych kartach i „wiedzieć”. Ludzie czegoś od człowieka ciągle chcą, to i człowiek sam od siebie zaczyna wymagać „wiedzy wyższej”.

Można mieć tego dość. I kiedy niespodziewanie wreszcie człowiek się budzi – kolejny dzień – i kompletnie nie wie, nawet nie przypuszcza, co go czeka, smak tej niewiedzy wydaje się przedni. „Co przyniesie czas, nieważne” – jak śpiewa w radiu pewien pan. Najważniejsze, że życie nareszcie może być niespodzianką. Kto wie… może nawet miłą. Grunt to trzymać kciuki za samego siebie.

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Inaczej

18 maj

Przychodzą takie chwile, kiedy do człowieka dociera, co chciałby robić. Budzi się taki (lub taka) o poranku i postanawia coś pozmieniać. Potem przez chwilę walczy, zmaga się z codziennością, żeby i tak na koniec zmęczyć się wiecznym zabieganiem. I właśnie w takich momentach ów ktoś opadając z sił opada również na fotel. Myśli zaczynają mniej pędzić, czas też zwalnia…

Zmieniłam nazwę bloga, ale i tak powołałam go do życia na nowo. www.kasbar.piszecomysle.pl tylko luźne teksty, zero o sobie. Do wypłakiwania się złuży od zawsze ten tu intymnik.

;)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Fala za falą

16 maj

 

Czas nie lubi stać w miejscu. Wszystko płynie, już starożytni tak mawiali. Może jednak nie warto się spieszyć. Zaganianie w niczym nie pomaga. Chwila refleksji dobrze robi każdemu.

Choć wszyscy o tym marzą, nie da się żyć wiecznie. Minuty przeciekają przez palce. Paliwa z czasem zaczyna brakować. Silnik zatrzymuje się w pół obrotu. Oddech ustaje i c’est la vie. A właściwie nie tyle życie takie bywa, co jego brak.

Stąd pewnie tak silna potrzeba mrużenia oka. Kiedyś dobry żart był tymfa wart. Obecnie ciężko dookreślić twardą walutę. Wiele monet kursuje w obiegu. Te wirtualne cieszą się największą popularnością. Internet dominuje, bo niweluje potrzebę wychodzenia z domu, z biura, z kafejek internetowych, skądkolwiek dokądkolwiek.

Mało kto zastanawia się nad drugą stroną medalu. Wyhamowanie bieganiny przeraża. Pusty dom, głuchy telefon nie smakują zbyt wykwintnie. Kiedy nie ma już do kogo otwierać ust, życie dokucza. Ale skoro lepszy rydz niż nic, nawet telewizor wydaje się ciekawszy od niechcianych tematów.

Pewnie dlatego kostucha nie kojarzy się najlepiej, szczególnie na wiosnę. Życie budzi się z zimowego snu. Kwiatki zaczynają kwitnąć. Nie chce się myśleć o życiowych stop klatkach. Mówi się więc „nie” trudnym tematom.

Jednak czy zawsze musi tak być? Gdzie zapisano, że zmiana zawsze stanowi parafrazę tragedii. Koniec jednego może przecież stanowić początek drugiego. Nawet lub mimo wszystko na starym gruncie.

I choć dla wielu takie podejście trąca filozoficzną przesadą, nawet w prima aprilis nie musi stanowić banalnego żartu. Mimo, że walka z codziennością sporo kosztuje, może stać się wyższą wartością, od chwil bezsensownie przeciekających przez palce.

Banalne wyznania, ledwie tłumione westchnienia nie zawsze wystarczą by opisać rozdzierające pragnienia. Czas nie stoi w miejscu. Panta rei – znane powiedzenie – niezmiennie pozostaje warte ciągłej uwagi.

Bo strzeżonego to i rozsądek strzeże… jeśli brak czego innego. A i życiowa ruletka czasami miewa przedni smak. Choćby nawet i gorzkawy, ale i tak wyczuwalny. Praca u podstaw zasłynęła przecież już setki lat temu i nadal się sprawdza. Nawet we własnym życiu wiele można więc uporządkować na dobre choćby i po wielu klepsydrach.

Bo jak mawiali dziadowie – lepiej późno niż wcale.

 

 

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Mary senne

13 maj

 

 

Sny potrafią przerażać. Szczególnie jeśli pojawiają się bez ostrzeżenia. Człowiek w spokoju zamyka powieki, a tu nagle rusza film. Obrazy dręczą przez okrągłą noc. Zero logiki, za to sporo dziwactw.

Człowiekowi odechciewa się klepać w klawiaturę, bo ile można, kiedy staje się jasne, że pewnych spraw nie da się wyrzucić za okno. Sny w sposób przykry i często dosadny opisują rozterki i lęki oglądającego.

A to siedzi się we wspólnym domu, gdzie… nie ma wody. A to spotyka się wojskowych na emeryturze, którzy kupili dom na wsi. Albo walczy się z bałaganem generowanym przez czynniki zewnętrzne. W międzyczasie walcząc z chwilami urywającego się filmu. Kiepski symbol codzienności.

Każdy z wątków łączy się z realnym światem i to dość silnie. Do tego jeszcze głowa szaleje, bo tylko dzięki temu obrazy robią się wyraźne i łatwiejsze w zapamiętywaniu. Wszystko z powodu ostatniej myśli, pytania zadanego tuż przed zaśnięciem. Just like that.

Odpowiedź dość jasna. Choć z pozoru zagmatwana. Grunt to nauczyć się samego siebie. Na wyrywki. Chwilę później dialog wewnętrzny płynie gładko. Obraz za obrazem. Istny język aniołów.

Choć oczywiście istnieje haczyk. Kiedy inni zaczynają z jakiegoś powodu myśleć o nas. Kiedy tym myślom towarzyszą emocje. Kiedy emocje te generuje odruch porównywania się. Wszystko do kupy razem przeistacza się w myślenie o autorce wypowiedzi. A emocje pobudza kontekst autora myśli.

Emocje zaś są jak energia, jak prąd w wirtualnym drucie. Luźna fala uderzeń obrazami. Głębokie symbole, z pozoru bardzo trudne w weryfikacji. Kiedy jednak lepiej się pozna siebie, klucz do zagadki wydaje się łatwiejszy w użyciu.

Szkoda tylko, że cała zabawa tak dużo kosztuje. Odlot wiele daje, ale słabo smakuje. Ulgę przynosi świadomość uwolnienia od przymusu podziwiania obrazów. Dręczą już tylko, jeśli się tego chce. To efekt przyjemnego poczucia kontroli nad elementami własnej podświadomości.

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Długi skrót

05 maj

 

 

Słowo pisane to nie wszystko. Ale czasami brak jakichkolwiek innych rozwiązań. Gadanie po próżnicy,puszczanie w eter własnych utyskiwań. Marudzenie słane w milczącą pustkę.

Kiedy życie zmusza do oglądania się za siebie, człowiek nabiera rozwagi, analizuje. Przeszłość z czasem przestaje boleć, ale tylko tych, którzy umieją zapominać.

Wybaczyć, to niełatwa sztuka. Tak przynajmniej mawiają mądrzy ludzie, niekoniecznie starzy. Szczególnie jeśli nie jest się pewnym, za co dokładnie ma się żal i dlaczego lub do kogo. Kłopot z zapominaniem to kłopot z przebaczaniem. Roztkliwianie się nad tym co było, a nie jest… i tak dalej, i temu podobne. Trudna, bo bezsensowna sprawa.

Spoglądanie w lustro potrafi wiele kosztować. Nie zawsze ma się ochotę podziwiać własne oblicze. W jedno wierzymy, co innego przychodzi nam oglądać w zwierciadle. Przed tym zawczasu wielu umyka. Przed odpowiedzialnością za efekt własnych poczynań.

 

***

 

Nadal pamiętam 2010-ty. Nie było łatwo. Na kwiecień przypadał wtedy czwarty miesiąc, kiedy nie brałam leków osłonowych. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, co się tak naprawdę ze mną dzieje. Lekarze również nie słuchali. Co gorsze, przez następne przeszło 12 miesięcy miałam się zmagać z uciekaniem w iluzję. Cokolwiek byleby móc prawie logicznie wyjaśnić i uzasadnić własne złe samopoczucie i kondycję.

Jeszcze wtedy twierdzono, że nie mam objawów klasycznej epilepsji. Podobno czołową i skroniową nieco trudniej zdiagnozować poprawnie. Nie było mi więc łatwo.

Zwalanie winy na czynniki zewnętrzne to bardzo specyficzna sztuka. Niekoniecznie dla sztuki. Człowiek usiłuje dorobić teorię do tego, czego nie rozumie. A skoro wtedy jeszcze fruwałam wysoko ponad powałą, a lekarze twierdzili, że mi się wydaje…

Irytacja bywa czasami uzasadnionym uczuciem.

Gorzej jeśli własne rozdrażnienie projektuje się na bliskich. Człowiek nagle doszukuje się przyczyn tam, gdzie ich nie ma. I choć zawsze da się wychwycić „niedociągnięcia” bliskich, często tak naprawdę na dłuższą metę nie mają one znaczenia. Czy raczej, nie miałyby, gdyby nie potrzeba odreagowania dziwacznego żalu, który jest tak naprawdę tylko strachem.

 

***

 

Niestety kiedy się już przekroczyło Rubikon, nijak nie można cofnąć czasu.

 

***

 

Dopiero w styczniu 2012 dobiegł końca kłopot z funkcjonowaniem mojego organizmu. Stało się jasne, że mam bardzo silną epilepsję, bardzo zaawansowaną jaskrę i syna w pełni obciążonego elementami autyzmu. Takie sobie rozdanie w życiowym pokerze.

Właściwie dopiero w kwietniu 2012 na dobre dopuściłam do siebie myśl, że wszystkie zmagania, którym stawiałam czoła, ani przez chwilę nie miały nic wspólnego z interpersonalnymi układami. Po prostu szukałam pomocy wszędzie i za wszelką cenę, byleby zlitowano się nade mną.

Jedni piją alkohol, żeby dodać sobie dowagi, popadają w uzależnienie. Inni stają się pracoholikami, uciekając od relacji intymnych. Wielu gra w najprzeróżniejsze gry, żeby udowodnić sobie, że umieją zwyciężać. Jeszcze inni szybko jeżdżą na motorze, bo zwykła dawka adrenaliny to nie wszystko.

Ja próbowałam prowokować zachowaniem. A ponieważ tak naprawdę nienawidzę skupiać na sobie uwagi, przeładowanie adrenaliną silnie pobudzało mój mózg. Chyba właśnie o to chodziło. O udowodnienie światu, że nie jestem szalona, ale po prostu chora i tyle. Szukałam po omacku, bo sama nie bardzo wiedziałam, co się ze mną dzieje i czego mi potrzeba.

 

***

 

Ktoś mógłby spytać, o co więc miałam żal do Mężyska. Dlaczego odstawiałam fochy, po co szukałam nowych znajomości, a potem w popłochu uciekałam przed nimi. Nikt przecież nie gonił, więc o co chodziło…?

Dwa lata minęły jak z bicza trzasł. Ale dopiero teraz wiem, czym było owo poszukiwane coś. Znaczy, hmmm, kilka cosiów. Pogodzenie się ze śmiercią bliskich, przyjęcie do wiadomości własnego kalectwa, uznanie za fakt, że dziecko nie jest geniuszem. No i jeszcze zaakceptowanie nieporozumień partnerskich. Nikt nie jest idealny. A panowie mężowie nie muszą wyczuwać emocji własnych żon, ani być od nich psychicznie silniejszymi.

Zbieranie sił jednak zajmuje trochę czasu. Jak i zdobycie się na odwagę głośnego przyznania się do popełnionych gaf, pomyłek i źle oszacowanych cudzych przewinień.

Oczywiście teraz ktoś mógłby mnie oskarżyć o bezmyślność i okrucieństwo, którym zgrzeszyłam. Ale czy aby na pewno łapałabym się w stu procentach na taką ikonę – zakłamanego suczydła? Chyba niekoniecznie.

 

***

 

Miałam się źle i to bardzo. Błagałam o pomoc, a niewielu słuchało moich utyskiwań. Co po niektórzy nawet twierdzili, że silna laska ze mnie, więc powinnam dać sobie radę sama. No to… przez przypadek znalazłam mamę, która się mną zajęła. Gdyby nie ta siedemdziesięcioletnia mama, bardzo szybko i grzecznie wróciłabym do roli nieudolnej żony męża. I dalej miotałabym się niczym wesz na nitce, nie wiedząc za bardzo co się tak naprawdę dzieje z moją głową, humorami, skokami adrenaliny i to bez logicznego powodu. Znowu zwalałabym wszystko na wymyślone niedobory partnerskie.

A to dlatego, że napady padaczki mają to do siebie, że przytrafiają się bez ostrzeżenia i bez powodu. Wystarczy kiepskie ciśnienie atmosferyczne. Jednak wymaganie od epileptyczki, żeby zaopiekowała się połową świata, to regularne okrucieństwo lub bezmyślność. Właśnie takie coś może u owej epileptyczki generować żal.

I tak się stało ze mną. Pękłam. Wymagano ode mnie samodzielności, dorosłości, pełnej świadomości tego, co dzieje się w około i czego oczekuje starszyzna, kiedy ja tak naprawdę czasami nawet nie rozumiałam, co się do mnie mówi. I co jeszcze lepsze, nie miałam pojęcia o powodach zakłóceń percepcji.

W moim przypadku nawet lekarze popełniali błędy przez długi czas. Ciężko im wybaczyć. A mimo wszystko nawet to przepracowałam. Okulista się przejął, pani neurolog zawsze pyta o samopoczucie, a główna pani doktor przypomina, żebym pamiętała o własnych zdrowych zmysłach.

Mam się lepiej. Choć nie pod każdym względem. Ale o tym już innym razem.

 

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Polecam

30 kwi

Czasami zamiast sięgania po nową książkę, można zatopić się w dźwięku słowa mówionego. Warto posłuchać…

http://www.polskieradio.pl/9/304/Artykul/385267,Glos-i-jego-wlasciciel-to-jedno

 

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Długi spacer

28 kwi

 

 

Kiedy nie tylko za oknem zapada spokój, człowiek się czuje, jakby wrócił z innego świata. Kolory nabierają głębi. Śmiech brzmi nieco radośniej. Ludzie przestają być wrogami. No i życie nagle nabiera sensu. Strach przestaje spędzać sen z powiek.

Ktoś mógłby spytać skąd taka zmiana. Ale odpowiedzi tak naprawdę nie ma. Bo psychika ludzka nie trzyma się twardych reguł. Zawsze można przypuszczać lub spekulować, ale i tak ciężko zgadnąć ludzkie reakcje w trudnych sytuacjach. Nawet sam wyciszony szczęśliwiec nie zawsze potrafi swój spokój uzasadnić logicznie.

Można by oczywiście spytać czytelnika jak wielu dramatów miał okazję posmakować. Jak często gapił się bezmyślnie w sufit i czekał na następny dzień, aż bezsensowna doba minie, a po niej kolejna. Czy taki czytelnik w ogóle rozumie sens marazmu bohatera opowieści.

Kiedy prąd podłączony do głowy aktora nabiera na sile, kiedy napięcie rośnie. Kiedy nie widać końca koszmaru. Brak wiedzy to przecież naprawdę mało przyjemne uczucie. Pułapka bez wyjścia, bo pomocnych dłoni niewiele.

 

***

 

Sięgając po stare zapiski, można prześledzić cud jaki się dokonał. Znowu poczuć na jak bardzo napiętej nitce zawisło życie autora tekstu. W pojęciu autora bezsensowne. Istne dryfowanie w nicość, bo nie marzył już o cudach. Po prostu błagał o litość, kiedy świat pozostawał głuchy. A przynajmniej krzyczącemu tak się wydawało.

Czytanie wypocin nie sprawia przyjemności, ale przynosi ulgę. Jej, ale fajnie wiedzieć, że ma się to za sobą. Cokolwiek nastąpi, znowu będzie przynudnawe, wyczyszczone z żalu i lęku. Zwyczajność potrafi naprawdę przednie smakować. Szczególnie dla szaraków kochających cień wielkich liści kapusty.

***

 

Siedząc przy biurku, po długiej przerwie znowu klepiąc w klawiaturę komputera, człowiek przyjemnie się dziwi. Jaki to fart, nie czuć już potrzeby nerwowego pokrzykiwania. Kiedy komputer przestaje być niezbędny. Dźwięk własnej nerwowej gadaniny milknie bodaj na dobre. W ciszy i spokoju czyta się cudzą literę pisaną lub zerka na ekran telewizora. Koncentracja staje się możliwa. Po prawie sześciu latach koszmaru zapomnienie okrywa głowę aktora dziwnym całunem.

Nie da się opisać ulgi, jaka temu wszystkiemu towarzyszy. Człowiek uczy się siebie od nowa. Już nie dokucza mu tęsknota za wykradzionym czasem. Strach czasami jeszcze droczy się z niezagojonymi nerwami, ale nawet na to pomagają pigułki. Magia medycyny czyni cuda.

 

***

 

Tym właśnie się stała moja obecna codzienność. Czasem wyczyszczonym z tęsknoty za bliskimi, niech spoczywają w pokoju. Wyzbytym strachu przed kolejnymi napadami silnych zaburzeń percepcji. Za snami, które po dwóch latach straciły na znaczeniu, choć nadal dręczą realnością obrazów.

Medytacja koi na wielu poziomach. Lamowie nigdy nie kłamali, A przynajmniej ci, z którymi przyszło mi się zetknąć. Nie bez powodu półki uginają się pod ciężarem wielu książek.

Wciąż nie jestem pewna komu w pierwszej kolejności podziękować za to, że jednak żyję. I czy aby na pewno komukolwiek poza prawie mamą, ukochaną ciocią, byłoby za co. Z tymi, którzy odmawiali pomocy ledwie żywej czterdzieste rozliczyłam się już z grzecznym przytupem. Przestałam czuć żal.

Pozostał już tylko jeden adresat niewyrównanych rachunków. Nadal pamiętam własne rozczarowanie. Mimo to, nie śpieszno mi do upominania się o zrozumienie, czy nawet przeprosiny. Przywykłam do braku wsparcia, kiedy bywa naprawdę potrzebne.

Podobno takie coś, odmowę wsparcia i zrozumienia, ludzie lubią nazywać zdrowym egoizmem.

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Po przerwie

06 kwi

 

Wiosennie świąteczny czas. Chwila wytchnienia. Przez krótki moment można odsapnąć od biegania w kółko. Wraz z wyciszeniem koszmary przeszłości unoszą głowy i wypełzają z mroku zapomnienia.

Czas miniony potrafi bardzo boleć. Z perspektywy odkrywa się prawdę o samym sobie, o innych, nawet o świecie. Choć prawda to rzecz względna. Każdy widzi wiele spraw na swój własny sposób. I choć naukowo sporą dawkę faktów dokonanych daje się dość celnie podsumowywać, emocjonalne podejście grozi dokładnie odwrotnymi wnioskami.

Nadal ból rozdziera mi pierś, ale już z kompletnie innego powodu. Wszystkie kotary opadły, scena uwolniła się od zasłon dymnych i tak oto gorycz prawdy niższej wyszła na jaw. A wraz z nią tęsknota. Tyle tylko, że niczego zmienić się już nie da. Oczywiście samopoznanie pozostaje cenną zdobyczą, ale reminiscencje coraz silniej zaciskają się wokół gardła. Rocznice to podła rzecz.

Czas trącający wspomnieniem anonsu o śmierci polskiego prezydenta kojarzy się ze wstępem do własnego, głębokiego załamania nerwowego. W tamtym czasie nikt nie potrafił i nie chciał pomóc. Gdyby nie dwadzieścia cztery miesiące pod opieką troskliwej osoby, mojej cioci, nie przetrwałabym ani dnia dłużej. A nawet teraz jeszcze nie czuję się w pełni silna. Buddyzm pomaga, choć sny nadal nieco dokuczają, ale mniej agresywnie w swojej dosłowności.

Ciągle te same postacie stają na sennej scenie. Nawet kuzynka widuje to samo. Trudno wyobrazić sobie jak życie się potoczy. Z tego powodu równie ciężko przewidzieć, jak będzie teraz, skoro tak dziwaczne obrazy mają stać się faktami. To dziwne i jednocześnie bardzo trudne.

Stare stanie się nowym, a nowe umrze. Taki tekst dominuje w nocnych marach. To ostra szkoła pomijania milczeniem nocnych mar. Nauka zapominania obrazów, słów i znaczeń. Bo nawet jeśli materialna rzeczywistość ma przynieść jakieś tam zdarzenia, nie sposób wpaść na trop, jak do tego dojdzie. Dlatego zdrowiej poczekać. Niech życie sobie z tym samo poradzi.

Mimo wszystko jednak, fajnie byłoby usłyszeć miłe słowo od cienia z przeszłości. Skoro dziwaczne przewinienia przestały na dobre istnieć, sny się posprawdziły co do jednego, miło by było znowu móc się pośmiać do wtóru z echem dawniejszej przeszłości. Tęsknota, tak to nazywali kiedyś mędrcy tego świata.

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii